Podczas swojej hard rockowej kariery w Black Sabbath Pan John Michael Osbourne zdobył sobie tytuł księcia ciemności. Co się dziwić, pracował na to latami. Kiedy odszedł z zespołu i rozpoczął karierę solową jakoś o nim przycichło a ludzie znaleźli sobie nowych szatanów, belzebubów i innych takich, od choćby Adam Darski. W 1995 Ozzy wydał płytę Ozzmosis z genialnym utworem "Thunder Underground". Tym kawałkiem Pan Ozzy pokazał, że to nadal on jest księciuniem i mimo tego, że na śniadanie nie wypija już szklanki krwi a biowital, gołąbki u sąsiada zaczęły same odrywać sobie główki by książe Ozzy ich nie sięgnął. Po ptako-samobójstwie wszystkie stacje zaczęły grać "Thunder Underground" a panowie z Linkin Park musieli skłonić się w pokłonie.
Wiecie, że po wpisaniu "rage against the machine" w Google Translate otrzymacie dokładnie to samo ale wielkimi literami. Szacunek, prawda?! Zespół, który to dochrapał się takiego zaszczytu zaczął nagrywać płyty w 1991r. Dość dawno. Ja sam pamiętam, jak w roku 1996 pojechałem na wakacje do Niemiec i pewno dnia, przechadzając się po sklepie a'la galeria handlowa wszedłem sam nie wiedzieć czemu do sklepu a'la Empik.
Serio nie wiem dlaczego tam trafiłem, przecież co mógłbym kupić w niemieckim "empiku"? Mein Kampf? No sorry ale mnie to nie specjalnie kręci.
Tak czy owak przechadzając się pomiędzy pułkami z instrukcjami wymiany żarówki w Volkswagenie i smażeniu wurstów na odszpuntowanie pierwszej beczki znalazłem się w dziale Musik gdzie znalazłem singiel Rage Against The Machine pod pięknie brzmiącym tytułem "Killing In The Name Of" a że już znałem ten kawałem a na singlu był on w sześciu różnych wersjach oczy zaczęły mi się świecić a z ust wypływało soczyste "O KU**A, JA PIER***E, O KU**A..." Wtedy to z pewnością zostałem przez przebywających w sklepie Niemców zidentyfikowany jako rozhisteryzowane polskie dziecko. Tak czy owak wyjąłem z kieszeni deutsche mark'i, zabrałem CD i wybiegłem ze sklepu.
Wtedy byłem w Niemczech po raz ostatni. Obawiam się, że ludzie którzy widzieli mnie w sklepie nadal pamiętają to wydarzenie więc nie ryzykując odnowienia ich urazu psychicznego spowodowanego mym zachowaniem staram się ten kraj omijać.
A wracając do zespołu. Pomyślcie tylko jak wielkim zaufaniem obdarzali się chłopcy z RATM. Wpadł gitarzysta i powiedział: - Ej Panowie, mam fajny riff, taki wiecie no, fajny, osiem dźwięków więc zagram nawet po pijaku, no i zrobimy z tego singiel. Ja będę to grał przez 5 minut a Wy grajcie coś innego ale w tym samym rytmie - Ok, nagrywajmy - odpowiedziała reszta zespołu.
No i riff po prawie 20 latach nadal mi się nie znudził. Polecam, odgrzejcie to sobie.